Lifestyle

Jak żegnać zimę, to tylko w górach

27 marca 2017

Lubię zimę…w górach. Ta w mieście wydaje mi się zwykle szara, ponura i zimna. Z kolei na stoku wszystko zdaje się być białe, magiczne, a zimna nawet nie zauważam. Stąd pomysł, aby wrzucić deskę snowboardową do bagażnika samochodu, pokonać prawie 400 km i koniec kalendarzowej zimy uczcić w Białce Tatrzańskiej.

Gdy powiedziałam o moim pomyśle znajomym, każdy odradzał mi wyjazd w polskie góry. Na stokach jest niebezpiecznie, wszędzie są kamienie, ludzie jeżdżą jak szaleni – mówili. Gdybym ich posłuchała, nie miałabym za sobą rewelacyjnego weekendu na desce, ze świetnymi warunkami do jazdy i całkiem luźnymi trasami zjazdowymi. Na tak pozytywne wrażenia nie byłam do końca przygotowana, dlatego tym bardziej już od pierwszych chwil na desce nie żałowałam swojej decyzji o przyjeździe.

Białka Tatrzańska leży u stóp Tatr i jest uważana za jeden z najlepszych ośrodków białego szaleństwa w Polsce. Stanowi ona kompleks narciarski złożony z trzech ośrodków: Bani, Kaniówki i Kotelnicy Białczańskiej.

Muszę przyznać, że byłam pozytywnie zaskoczona infrastrukturą, przystosowaną zarówno dla początkujących jak i zaawansowanych narciarzy i snowboardzistów. Co prawda w dalszym ciągu na część stoków wjeżdża się orczykami, które są największą zmorą i demotywatorem dla początkujących. Trzeba jednak docenić, że pojawia się też coraz więcej wyciągów krzesełkowych. Być może warunki odbiegają od austriackich, francuskich czy włoskich kurortów, ale na weekendowy wypad Białka też dała radę.

Większość czasu spędziłam na terenie ośrodka Bania Ski & Fun. Okazało się, że na kompleks składają się nie tylko wyciągi, ale także czterogwiazdkowy hotel i Terma Bania – luksusowe centrum SPA z basenami termalnymi i strefą wodnej rozrywki.

Jazda na snowboardzie nie należy do tych sportów, które nie wymagają wysiłku. Wręcz przeciwnie. Po kilku godzinach jazdy czułam każdy mięsień, nie zapominając o nabitych licznie siniakach. Cóż, takie uroki białego szaleństwa – nie wiadomo kiedy i jak, ale ostatecznie człowiek ląduje z zakwasami. Dlatego wieczorna wizyta w termach była zbawienna. Wszystkie budynki w ramach kompleksu znajdują się bardzo blisko siebie, dlatego możemy bezpośrednio po szaleństwie na stoku, wygrzać się w gorących wodach termalnych płynących z głębokości 2500 m.

Ja przede wszystkim wygrzałam się w saunie fińskiej o temp. do 100°C i wilgotności do 20%, a później odwiedziłam łaźnię parową. Voila! Byłam jak nowo narodzona. Choć przyznaję, że uczucie zakwasów w tym przypadku było poniekąd przyjemne. Był to dowód na to, że nie tylko mam jakieś mięśnie, ale też byłam w stanie aktywnie ich używać…i to w sumie prawie 10 godzin.

Lepszego pożegnania zimy nie mogłam sobie wyobrazić. Góry, śnieg, deska – w przyszłym roku na pewno będę powtarzać ten wypad. Może stanie się to moją małą tradycją? Kto wie.

Teraz pogoda zrobiła się już  pełni wiosenna, dlatego wyciągam rower z piwnicy i zaczynam planować wycieczki po okolicy.

Przeczytaj również

Brak komentarzy

Napisz co myślisz