Lifestyle

Włoskie dolce vita

25 lipca 2017

Co roku postanawiam sobie, że w wakacje będę poznawać zupełnie nowe miejsca, kraje, ludzi. Że będę eksplorować nieznane i poddawać się przygodzie. W praktyce ten plan realizuje nie w pełni doskonale. Rozkochana na zabój we Włoszech, a dokładnie w Bolonii, wracam tam niezmiennie od 5 lat. Co roku. Co najmniej na kilka dni.

Bo przecież rok to stanowczo za dużo, aby wytrzymać bez najlepszej kuchni na świecie – kawy, lodów, antipasti, pizzy, wina albo bez filmów na Piazza Maggiore, pod gołym niebem, w towarzystwie włoskich studentów, kloszardów, staruszków z cygarami i pań ubranych u Gucciego.

Wiedzieliście, że w ulewę przez Bolonię można przejść o suchej nitce? Też w to nie wierzyłam, jednak już wiem, że producenci parasoli nie zarobią w tym mieście kokosów. Ciągnące się kilometrami arkady (37 km, najwięcej na świecie) skutecznie chronią przed deszczem, a w upały przed słońcem. Poza tym są niesamowicie piękne i tworzą wyjątkowy charakter tego miasta.

Podobnie jak czerwone mury, które wieczorami otulają Bolonię ciepłymi pomarańczami, żółciami i czerwieniami. Nie bez powodu Bolonia znana jest jako Rossa i Grassa – czerwona ze względu na kolory miejskich budynków i lewicowe poglądy mieszkańców, tłusta, bo nazywana jest kulinarną stolicą Włoch.

Nie mogę opowiedzieć Wam wszystkiego, bo nie będziecie mieli motywacji, żeby odkryć pozostałe smaki kulinarnej i kulturalnej stolicy Włoch. Już teraz wiem, że za rok na pewno tam wrócę, po raz szósty. Na lody, pizzę, kawę… i średniowieczny klimat, który ciężko znaleźć w innym europejskim mieście.

Przeczytaj również

Brak komentarzy

Napisz co myślisz